niedziela, 5 września 2010

Analogowo

Miało być takie fajne, trochę industrialne zdjęcie - ale samolot nie chciał współpracować. A gdyby leciał niżej lub chociaż skręcił to byłby dużo lepiej widoczny...

W końcu się zmobilizowałem i wywołałem dwa negatywy, które czekały na to już .... długo. Wystarczy wspomnieć, że na jednym z nich jest widoczna choinka z rzeszowskiego rynku. Tak jakoś wyszło, że nie miałem natchnienia by zrobić to wcześniej. Ale jak to mówią: lepiej późno niż wcale. Zdjęcia nie są jakieś rewelacyjne - trochę szwędaczki po ulicach Rzeszowa, trochę fotek zrobionych koło domu.

Gołębie też niechętnie współpracują - mogły się jakoś bardziej wyeksponować. A może to wina fotografa? Nieeee...

Z informacji nieco bardziej technicznych: obydwa negatywy to Kodak Tri-X, wywołany w Microphenie. Jeden z nich został zrobiony aparatem Leica M3, drugi Nikonem FE.







środa, 1 września 2010

Z głową w chmurach

Miało być słoneczko, błękitne niebo i nieliczne chmurki - były tylko chmurki za to w ilościach hurtowych.

W ostatni łikend sierpnia tak się śjakoś złożyło, że znalazłem się w Bieszczadzie. Jak i dlaczego to opowieść równie długa co ciekawa ale do opowiadania tylko w wąskim gronie. Grunt, że nadarzyła się okazja żeby pofotografować na Połoninie Wetlińskiej. Ponieważ do tej pory zawsze docierałem tylko do Chatki Puchatka, ucieszył mnie fakt, że tym razem będzie okazja ruszyć grzbietem w stronę Smerka (qrcze, tak to się odmienia?). Jednak - a jakże by inaczej - pogoda postanowiła, że nie będzie lekko. Pominę już fakt 45-cio minutowego schodzenia w ulewnym deszczu i przy akompaniamencie grzmotów. Jednak to, że prawie całą drogę łaziliśmy w chmurach a widoczność nie przekraczała 50m - to już jest złośliwość losu w najokrutniejszym wydaniu!
Na szczęście (i na pocieszenie) pogoda kilka razy sprawdzała moją czujność (i gotowość aparatu) i czasem mieliśmy kilkusekundowe, landszaftowe seanse.

Nie trudno było stracić kolegów z oczu - wystarczyło na chwilę przystanąć robiąc zdjęcia.

Tak "nasłonecznionych" chwil było naprawdę niewiele.

Jedna z ostatnich takich chwil - 5 minut później już lało jak ...

Na każdej wycieczce najważniejsze jest dobre towarzystwo.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Fuji REALA znowu w akcji

Lubię takie geometryczne zdjęcia - w tym przypadku rządzą prostąkąty .

Dwa posty niżej pisałem o tym, że Fuji REALA to fajny negatyw i warto zrobić sobie jego zapas. Listonosz kilka dni temu dostarczył paczuszkę z 10 pudełkami świeżutkich filmów, załadowałem więc swojego Nikona FE jednym z nich, wziąłem ze sobą obiektywy 50 i 28 mm i ruszyłem na spacer. Tym razem po ulicach Rzeszowa.

Taka zabawa - raz gołębie siedzą na ziemi a dziewczynka fruwa ...

... a raz dziewczynka na ziemi a gołębie fruwają.

Szumna nazwa - skromne obejście.

środa, 18 sierpnia 2010

Burzowo

Kolejny dowód na to, że warto zawsze mieć przy sobie aparat fotograficzny.

Ostatnimi czasy pogoda potrafi płatać niezłe figle. Zmienia się bardzo dynamicznie i przeważnie zmiany te kończą się gwałtownymi burzami. W zeszły piątek (trzynastego!) jechałem do pracy i moim oczom ukazały się niesamowite burzowe chmury. Pomiędzy nimi wąski pasek "pogodnego" nieba. Zatrzymałem samochód i - mimo niezbyt atrakcyjnego "pleneru" - zrobiłem zdjęcie. Pomyślałem, że ze względu na domy i druty fotka będzie do bani. Zrobiłem jeszcze jedno zdjęcie samego nieba i postanowiłem jechać dalej i po wjechaniu na jakąś górkę zrobić zdjęcie tych chmur z jakimś atrakcyjniejszym krajobrazem. I co się okazało? Ano to, że 5 minut później chmury się jakoś rozeszły i nie było już takiego fajnego efektu. A zdjęcie z drutami i domkiem okazało się ciekawsze od zdjęcia samego nieba. Potwierdza się stara prawda, o której już kiedyś tu pisałem: nigdy nie rezygnuj z okazji do zrobienia zdjęcia - drugiej szansy możesz już nie mieć...

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

Bezsenność w Tyczynie

Stare kamienice i podwórka Przemyśla. Negatyw Fuji REALA jest stworzony do takich klimatów...

Ten post to będzie niezły miszung. Zacznijmy od tytułu. Dla tych którzy mnie nie znają spieszę z wyjaśnieniem: nie, nie jestem podobny do Toma Henksa a Tyczyn tylko w niewielkim stopniu przypomina Seatlle. Za to dzisiaj nie mogę zasnąć zupełnie jak Al Pacino w filmie "Bezsenność" (kto nie oglądał ten natychmiast biegnie do wypożyczalni bo to naprawdę dobry film). I dlatego taki tytuł posta. I choć wszystkie zdjęcia poświęcone są mojemu ukochanemu Przemyślowi a głównym bohaterem tego posta jest negatyw kolorowy Fuji REALA to najwięcej miejsca poświęcę skanerowi i jego oprogramowaniu. Straszny bajzel tematyczny, ktoś powie. Otóż nie! To nie bałagan - to artystyczny nieład! W końcu to blog fotograficzny, tak czy nie?

Trzepak - łezka się kręci w oku na wspomnienie tych wszystkich zabaw. Czy dzisiejsze dzieciaki bawią się jeszcze na trzepakach?

No to teraz o skanerze. Jak już pisałem w tym poście do skanowania negatywów używam sknaera EPSON V200, do którego dołączony jest program Epson Scan. I o ile do skanowania negatywów czarno-białych program ten sprawdzał się nieźle to kiedy przyszło do skanowania, wspomnianej wcześniej, kolorowej Reali to pojawił się problem. Nie potrafiłem sobie poradzić z "odjechanymi" kolorami, balansem bieli i temu podobnymi rzeczami. Zeskanowane zdjęcia wyglądały fatalnie. I mimo tego, że klika klatek uważałem za dobre - negatyw trafił do szuflady. Ale dzisiaj (a właściwie to już wczoraj) przypadkowo, buszując w necie, natknąłem się na bardzo dobry przepis na skanowanie tego filmu programem VueScan. Każdego kto jest ciekawy przepisu odsyłam TUTAJ.


Nie wdając się w zbędne szczegóły chodzi o to, jak skalibrować to całe ustrojstwo pod konkretny negatyw. Pięć minut zabawy i .... et voila! Wszystkie pokazane tu zdjęcia poskanowałem tą metodą i jestem bardzo zadowlony z wyników. Jest jeden minus skanowania tym programem i tą metodą. Czas. Zabiera to sporo czasu. Epson Scan ma tą zaletę, że po dokonaniu Preview dzieli pasek filmu na klatki i wszystko co ja muszę zrobić to wskazać które z nich mają być poskanowane. Resztą zajmuje się oprogramowanie. A w VueScan trzeba każdą klatkę zaznaczyć przy pomocy znacznika i dopiero wtedy skanować. No ale tak to już w życiu jest. Zawsze k...a coś!

Z ciasnego podwórza, na wyższą kondygnację wchodzi się drewnianymi, zadaszonymi schodami.

No i - dla formalności - parę słów o samym negatywie. Fuji REALA to film o czułości ISO100. Ma - jak na negatyw - bardzo małe ziarno (w filmach czarno-białych bardzo lubię ziarno ale w kolorowych już nie), niesamowity sposób oddawania kolorów i fajny kontrast. Wiem, że określenia fajny czy niesamowity są mało precyzyjne i bardzo subiektywne. Ale nie potrafię inaczej tego opisać. Wg mnie kolory są jednocześnie nasycone i - w pewien sposób - pastelowe. Kontrast jest wysoki ale nie przesadzony. Ot po prostu - w sam raz. Mnie się bardzo podoba. A ponieważ - niestety - zaparzestano produkowania tego zacnego materiału muszę pomyśleć o zrobieniu zapasu.

Hmmm ... podobne zdjęcie zrobiłem kiedyś na jednym z rzeszowskich podwórek.

Tak czy inaczej. Jeśli myślicie o tym, aby jeszcze od czasu do czasu, ot tak - dla rozrywki odstawić cyfrę i pofotgrafować analogiem to koniecznie kupcie kilka rolek Reali. W lodówce może leżeć kilka lat i z pewnością będziecie zadowoleni z efektów.

Wejście do kamienicy od podwórza.

No i tak zupełnie na koniec coś o samych zdjęciach. Zrobione zostały Nikonem FE, obiektywem 35mm i - jak już wspomniałem - na filmie Fuji Reala. Zdjęcia są efektem wiosennego szwędania się po starych zakątkach Przemyśla, w zacnym towarzystwie niejakiego Chrząszcza (którego oczywiście serdecznie pozdrawiam). O Chrząszczu mógłbym napisać baaaardzo dużo ale niech starczy tylko to: gdybym wypił z nim tyle kawy, ile wypiłem innych trunków, to nie mógłbym spać przez kilka lat! Przemyśl nie byłby taki sam w moich wspomnieniach gdyby nie Chrząszcz ...

piątek, 6 sierpnia 2010

Szeeeroookooooo

W Hyżnem, nieopodal trasy Rzeszów-Dynów, stoi sobie taki oto drewniany budynek.

Dzisiaj zdjęcia z mocno szerokokątnego punktu widzenia. A przedmiotem moich wypocin jest stary dom parafialny, pochodzący z 1936 roku. Nikt chyba nie dba o ten budynek bo jego stan jest - delikatnie mówiąc - opłakany. Na drzwiach wisi kłódka a nad wejściem widnieje napis ostrzegający o zagrożeniu związanym z zawaleniem budynku. Wokół obiektu błoto i ślady pracy ciężkiego sprzętu. Szkoda...

Może i ten drewniany budynek nie jest jakimś wyjątkowo starym zabytkiem ale "łycha" koparki nijak tu nie pasuje...

niedziela, 1 sierpnia 2010

Bieszczad

A czyje to takie piękne nogi, zapytacie? Moje!!! To zdjęcie to wspólne dzieło moje i Pani Żony.

Wczoraj udało nam się wyrwać na wycieczkę. Co prawda spędziliśmy z moimi dziewczynami w Bieszczadzie (tak przez wieki nazywano obecne Bieszczady) tylko kilka godzin ale i tak fajnie się bawiliśmy.
Taka ciekawostka. Dawny polski leksykograf, Samuel Bogumił Linde tak pisał o tym regionie: "część gór Karpackich, dawniej rozbójnictwem sławna, przytułek łotrów". To by tłumaczyło dlaczego nas tam tak ciągnie...

W pobliżu naszych "włości" płynie malowniczy strumyk, kończący się takimi oto "wodospadami".


Po drodze zaliczyliśmy ruiny zamku na Górze Sobień. Widok jaki się z tamtąd rozciąga nigdy mi się nie znudzi.